Bazyliszek

Dawno temu, przed paroma wiekami, w kuźni płatnerskiej niejakiego Melchiora Ostrogi pracy było w bród. Każdego tygodnia do miasta zjeżdżało rycerstwo z całego kraju oraz zacni goście z zagranicy, którzy pozostawali pod wielkim wrażeniem pracy warszawskich rzemieślników. Melchior Ostroga cieszył się sławą największą, toteż na brak pracy narzekać nie mógł.

W jego kuźni nieraz bawiły się dzieci – rezolutny czarnowłosy Maciek i urocza Halszka o złotych lokach. I o ile chłopiec zawsze znalazł dla siebie jakieś zajęcie, dziewczynka prędko popadała w nudę i namawiała brata, by zajęli się czymś ciekawszym.

Tego dnia postanowiła, że wybiorą się na Rynek.

– Maćku kochany, chodźmy się pobawić, zobaczysz, będzie miło i wesoło – rzuciła przymilnie, uśmiechając się do brata.

Na to chłopiec machnął w jej stronę kilka razy stworzoną przez siebie szabelką i ukłonił się w pas.

– Jak sobie życzysz, panienko. Mnie tutaj dobrze, ale i tam z tobą będzie mi wesoło.

– Ale, ale! – zawołał na to Melchior Ostroga, do tej pory przysłuchujący się dzieciom z boku. – Bardzo was proszę, maluchy, abyście uważali i do starej kamienicy na Krzywym Kole się nie zbliżali. Pamiętacie, że tam straszy jakieś licho i kto przekroczył jej próg, już nigdy nie wrócił?

Dzieci pokiwały energicznie głowami i zadowolone pobiegły w kierunku Rynku. Cóż tam się działo! Grała muzyka, przechodnie tańczyli, a kuglarze zachwycali swymi występami. Urzeczone dzieci podążyły za nimi, gdy ci skończyli występ i zaciekawione dostrzegły, że jeden z nich – czarnowłosy, niewysoki chłopak ubrany w lśniący, fioletowy strój, oddala się w kierunku pobliskiej kamienicy. Tak bardzo byli zafrasowani jego widokiem, że dopiero po chwili zorientowali się, że oto właśnie dotarli do miejsca, przed którym ostrzegał ich tata. Spojrzeli jeszcze po sobie przez chwilę niepewni i z łobuzerskimi uśmiechami ruszyli pędem za chłopakiem.

Piwnice kamienicy były wilgotne i ciemne. Korytarze to zakręcały, to zaś rozwidlały się. Wszędzie wokół piętrzyły się posągi o ludzkich kształtach, a Maciek i Halszka ściskali się za ręce i coraz bardziej przestraszeni podążali w ślad za artystą. Po paru minutach w świetle złotego światła dostrzegli smoka z głową koguta i ogonem węża – legendarną istotę nazywaną Bazyliszkiem. Chłopak, który jeszcze przed chwilą stał kilka kroków przed nimi, teraz krzyknął jedynie i… zamienił się w kamień.

Przerażone dzieci schowały się wśród skrzyń i cicho modliły, licząc na to, że potwór zaśnie i będą mogły przed nim uciec.

W tym samym czasie zmartwiony Melchior nerwowo przechadzał się po Rynku w poszukiwaniu swoich dzieci. Nagle dostrzegł tłum ludzi zgromadzonych przed kamienicą na Krzywym Kole i – kierowany najgorszymi przeczuciami – udał się w ich kierunku. Na miejscu usłyszał, jak tłum gapiów opowiada o chłopcu i dziewczynce, którzy wbiegli do kamienicy i już z niej nie wyszli.

Przerażony Melchior udał się do swej kuźni po najmocniejszą i najbardziej lśniącą zbroję, po czym pędem puścił się w kierunku kamienicy na Krzywym Kole. Tam krążył po ciemnych piwnicach, wypatrując swoich dzieci, a gdy dostrzegł złote światło, wiedział już, że dotarł na właściwe miejsce.

Wolnym krokiem Melchior Ostroga przeszedł przez ostatni korytarz, raz po raz mijając kamienne posągi o ludzkich kształtach, które napawały go szczerym przerażeniem. Wreszcie po kilku chwilach stanął przed legendarnym potworem. Ten uniósł łeb i przerażony dostrzegł swe odbicie w lśniącej zbroi dzielnego płatnerza. Po piwnicach rozszedł się wściekły skrzek, po czym potwór padł, zamieniony w kamień.

W tym momencie stojące dookoła posągi zaczęły się ruszać, a ofiary Bazyliszka wróciły do swych dawnych postaci. Odetchnąwszy z ulgą, Maciek i Halszka zbliżyli się do dzielnego rycerza, a gdy ten odsłonił twarz, zorientowali się, że tym, który przyniósł im ratunek, był ich własny tata. Dzieci uściskały Melchiora Ostrogę i obiecały, że już zawsze będą go słuchać.

W ten właśnie sposób zakończyła się historia Bazyliszka, który został pokonany jego własną bronią i o którym legendy krążą do dziś po całej Warszawie.

 

Autor: Klaudyna